Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/039

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Co za myśl! rzekł.
— Niestety, ty albo ja to co innego, siwą czuprynę strzępiąc szydersko dodał Pancer.
— Daj pokój żartom!
— Co z was za ludzie, przerwał proboszcz, doprawdy nie rozumiem, jedna familja nowo przybyła w sąsiedztwo, pokoju sobie z nią dać nie możecie.
— To prawda, potwierdził Porfiry, i cóż w tem tak godnego uwagi?
— Nadewszystko co za powód do szyderstw?
— Księże proboszczu, czyż szydzimy? odezwała się Hurkotowa, zbyt bo jesteś surowy, trzeba o czemś mówić, wolemy o nowem jak o starem.
— Widzę że wam rady nie dam, no! gadajcie sobie, ale pamiętajcie nie za wiele! nie przesadzać! nie godzi się! nie godzi się... I poczciwy ksiądz choć dał pozwolenie, znów odwracając rozmowę spytał o oziminy, nikt mu nie odpowiedział.
— Widziałeś powóz? szepnęła podsędkowa i konie!
— Jak z igły! rzekł mąż, nie dziw, zwyczajnie dorobkowicze!
— A już! już! przestrzegł ksiądz.
— Panienka niczego, pochwalił Hubka.
— Tak, odezwała się podsędkowa, kawiareczka! bez gustu poubierane, istotnie w stroju i w minie coś żydowskiego.
— Kara Boża z tymi ludźmi!
— Sam jak beczka.
— Półankierek! rozśmiał się Pancer.
— Nie! jak dobra dynia! odezwał się ktoś inny.
Proboszcz uszy zatknął.
Tak przeszło całe śniadanie, a co jeszcze uwag zro-