Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/038

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— O! już! krzyknął proboszcz łamiąc ręce, a wieszże panie podsędku co oni za jedni?
— A wiem, kupiec warszawski, ani chybi i z naszych.
— No! a gdyby tak? rzekł ksiądz, czy to u Pana Boga nie jedno, ostatni i pierwszy w jego winnicy?
— U Pana Boga może, ale u ludzi... dodał Dankiewicz.
— Bo ludzie nic potem!! niedobrzy! niedobrzy! śmiejąc się łagodnie odparł proboszcz. Co wam do tego zkąd pochodzą, byle by byli poczciwi.
— Widzisz proboszczu że i o poczciwości nic nie wiemy.
— To nic nie gadajcie! sza! cicho i o czem innem. — Jak zasiewy podsędku?
— E! co mi tam zasiewy! widzieliście jak byli postrojeni, do kościoła! po co? dla impozycji tylko! dla pokazania...
— Skaranie Boże z temi staremi dziećmi! ruszając ramionami rzekł ksiądz, uparte to jak...
— Księże proboszczu są damy!
— Dla was to damy, a dla mnie grzeszne dusze i nic więcej!
— To tylko przy konfesjonale, odezwała się nadstawując pani Dankiewiczowa.
— A jak to zaraz przylgnęło do hrabiów! rzekł utrzymując drgającą twarz dłonią Dankiewicz.
— Słyszę razem pojechali...
— I Zmora, kłaniając się zawołał Pancer, myśli już smalić cholewki do panienki! ręczę za to.
Pan Porfiry którego zły humor był widoczny, porwał się od bigosu.