Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/041

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


babki, Sulimowski wysiadł w ganku. Salon przerobiony z czeladni zrobił furrore, zakrzyknęli wszyscy z podziwienia, a Bal zatarł ręce z radości... W istocie było tu ładniuchno, świeżo, wdzięcznie, jak gdy kobieca ręka dotknie czego: a wszystko dowodziło zamożności, na której widok wzdychali zazdrośnie Zmora i hrabia, nie pomyślawszy na chwilę, że dostatek nabywa się pracą tylko.
Hrabia jednak, hrabina i piękna Łucja udawali zgodnie, że ten przepych nowym dla nich nie był, zgadywali czego nie widzieli bardzo zręcznie i nie pokazali po sobie ile ich upokarzała wykwintność na prędce urządzonego saloniku.
Rozmowa z panną zręcznego Zmory poszła dosyć raźnie, hrabina była zimno-grzeczną, Łucja poznała się poufale z Lizią i widocznie usiłowała poprzyjaźnić, hrabia mówił o swych dobrach i interesach ciągle grając rolę cztery razy większego niżeli był pana; z panem Balem nieźle mu się to udawało. O zaległościach, o liście mowy nie było.
Ciekawość trzpiotowatej Lizi była zupełnie zaspokojoną, nareszcie miała przed sobą kwiat towarzystwa okolicy, w osobach hrabstwa i ich kuzyna Zmory, a zarzucić nie mogąc kwiatowi temu barw dosyć harmonijnych choć trochę jaskrawych, dziwiła się, że w nim woni nie było. Ci państwo byli sztywni, dosyć zardzewiali umysłowie, usiłujący widocznie wiele rzeczy zgadnąć choć nie wiedzieli, zgadując nawet zręcznie bardzo, ale niemniej uderzała wielka różnica społeczności miejskiej od tutejszej. Pan Bal ile razy go to ukłuło wmawiał sobie, że serca pełne prostoty i uczucia płacić miały za wszystko czego brakło, Lizia nie rachowała