Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/035

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Przechodząc zdjął kapelusz i myślał, że uśmiechem i ukłonem się obejdzie, gdy Sulimowski z powagą ale z wielką razem uprzejmością postąpił wyciągając ręce ku niemu.
— Jakże mi miło!
— Jakem szczęśliwy!
Chére Josephine! odwracając się do żony, zróbmy znajomość państwa.
— Winnam im podziękować za tak miłe przyjęcie mojego męża w Warszawie.
Bal rozpływał się!
— Moja córka! zaprezentował hrabia rumieniejącą ale śmiało z pod rumieńca rzucającą okiem panienkę.
— Mój kuzyn, a państwa sąsiad, Teofil Zmora.
— Pozwolisz hrabio, że przedstawię mojego syna...
Stanisław ukłonił się ze spuszczonemi oczyma; rozmowa stała się nieuniknioną.
— A pan hrabia tu jakim przypadkiem? zapytał pan Bal.
— W istocie przypadkiem, jadę do dóbr moich... tuż pod Zakalem nawet przejeżdżam...
— Jakżebym był szczęśliwy, gdyby hrabia chciał się zatrzymać u mnie chwilę, ale w domu jeszcze taki nieład, że nie śmiem zapraszać!
Qu’ en dites vous ma chére! spytał spoglądając na zegarek Sulimowski, państwo tak łaskawi możebyśmy mogli spocząć, a na noc bylibyśmy u pana Teofila?
— Dla czegoż nie, czas nam wystarczy.
— Z góry tylko za przyjęcie przepraszam, zakłopotana rzekła pani Balowa, ani dom nasz w tej chwili, ani my nie przygotowani.