Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/036

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A la fortune du pôt, śmiejąc się zawołał hrabia.
Zmora tak się tu podsunął, że się także zaprosił, a Staś z Parcińskim co tchu polecieli przodem żeby objad i jakie takie przygotować przyjęcie.
W jednej chwili towarzystwo się rozdzieliło na żeńskie i męzkie, jak to dziś pospolicie się dzieje, po pół godzinie. Hrabina z córką siadły do karety Balów, a Bal z hrabią do wielkiej, starej oszarpanej landary Sulimowskich, zaprzężonej sześcią chabetami, w których uprzęży część zastępowały postronki najzręczniej posztukowane. Prześliczny powóz Balów wyrwał westchnienie z ust hrabinej, a że porównanie jego z łataną arką JWW państwa zbyt biło w oczy, Sulimowski wpraszając Bala do powozu, odezwał się od niechcenia z pańskim uśmiechem.
— A! jak to znać miasto na ślicznej karecie państwa. Aprés tout, ja tak przywykam do starych moich gratów, jak do sukni; co też mi żona głowy namyje, żebym używał angielskiej karety, którą mi mój przyjaciel ambassador... odstąpi; nie mogę! Najszczęśliwszy jestem, najlepiej mi kiedy swojemi staremi dryndulami i końmi się wożę. Człowiek tak przywyka do wszystkiego.
— O to prawda, wtórował kupiec, choć czuł, że landara djable była twarda i rzucała wcale niewygodnym sposobem.
Zmora uczuł potrzebę przyjść w pomoc kuzynowi, uśmiechnął się.
— Dziwnie w tym względzie hrabio jesteś niedbały, takie mając stada, tak przepyszne powozy, zawsze tą żółtą kalafarnią musisz się wozić!
— Co mi tam! machnął ręką hrabia, to mi jedno!