Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/032

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Syn? a jest! przystojny młokos i wytresowany. Wtem parsknął Zmora. — Ba! zakrzyknął, macie także myśl jakąś; ho, ho! rozumiem, przywieźliście mu Łucją pokazać.
— Co za idea! ofuknął hrabia.
— Nie zła, gdyby tylko jedne miał Zakale nawet. Ciężkie teraz na panny czasy, a jest ich trzy u hrabiego.
Sulimowski westchnął.
— No, mówmy szczerze i pomagajmy sobie po kuzynowsku, kończył Zmora, ty mnie do panny, ja wam do chłopca; mogę się z nim poznać... poprzyjaźnić... przywieść go wam.
Z uśmiechem skrzywionym biorąc za klapę paletotu Teofila, hrabia rzekł mu na ucho: — Dobrze! zgoda! ale sza! rzeczy się dziś powinny tak robić żeby nas poznano, nie żebyśmy się im nastręczali. Jegomość próżny bardzo, ma się za potomka Balów z Balogrodu, kolligacja z nami niesłychanie mu pochlebi... A bogaty! adwokat mój mi mówił, że go na kilka miljonów rachują. Zakale dzieciństwo! pozwolę je oddać w posagu, byleby nam przyszły kamienice w Warszawie.
— A więc hrabio pomagajmy sobie i baczność!
— Nadewszystko nie psuć rzeczy pospiechem, a zręcznie, powoli.
Zmora się nieco zastanowił.
— Ale hrabio kochany, rzekł po namyśle, czyż ci on tej sprzedaży nie ma za złe? pewny jesteś?
— Mój drogi, odparł dumnie Sulimowski, bądź pewien że umiem robić co robię, a on czuje jeszcze żem mu wyrządził łaskę, musi mi być wdzięcznym.