Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/027

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zmora z niejakim niepokojem myślał, czy pozostać w tem towarzystwie, czy nie kompromitując się niem wysunąć do kościoła, ale ciekawość go do ziemi przykuła. Powozy co chwila się zbliżały, coraz nowe wywołując uwagi, nareszcie zatrzymały się przed furtką.
Kto kiedy z was mili czytelnicy, wchodził pierwszy raz w nieznane sobie towarzystwo tłumne, i jak zawsze prawie bywa, w początku nieprzyjazne, wie co doznaje człowiek przechodząc przez rózgi spojrzeń, przez egzamen szyderski mnóstwa oczów skierowanych by w nim wyszukać śmieszności.
Państwo Balowie mniej może doznali tu wzruszenia, bo nie przekouali się jeszcze jaka jest różnica towarzystwa wiejskiego od społeczności miejskiej, a tłum był dla nich rzeczą codzienną, nie nową. Ale inna to była pokazać się w mieście, inna tutaj gdzie od guzika sługi do trzewika pani wszystko baczne oko próżnujących wieśniaków obejrzeć musiało. Im bardziej uderzał od razu powóz, konie, ludzie, zamożność, tem głodniejsza budziła się ciekawość, a w chwili gdy z trzaskiem rozpadły się stopnie karety, oczy wszystkich stojących na cmentarzu utonęły wewnątrz powozu.
Hubka tak się zapomniał że usta otworzył naiwnie, Porfiry stał gotując swój komplement; Zmora ukłuty w serce przepychem przybyszów, powtarzał sobie w duchu, kupiec! kupiec! tak! stare rody upadają, nowe na scenę wychodzą.
Ale już Bal z rozjaśnioną twarzą, wesół, ciekawy, szczęśliwy wytoczył się z powozu by podać rękę żonie, przyskoczył widząc to pan Porfiry, z kocza przypadli Stanisław i Parciński, całe towarzystwo stało przed oczyma ciekawych, mignęło i znikło wewnątrz kościoła.