Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/026

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ale jakże! zawołał żywo Porfiry zarzucając róg płaszcza na ramię, i drapując się przepysznie, jestem najpewniejszy tego, mam swoje wiadomości... konie i powozy kazano przygotować, wszyscy mieli przyjechać.
— Jużby być powinni, śmiejąc się rzekł Hubka.
— Jedenasta przeszło, dodał Jaś dobywając zegarka który miał w kieszonce na piersiach.
— Zaraz będą, zobaczycie, rzekł Szaławiński...
— Otóż jadą!
— Jadą! — Jadą!
Powtórzyli wszyscy i oczy zwróciły się z ciekawością niewypowiedzianą na drogę, wśród której widać było prześliczną karetę państwa Balów i świeży ich kocz wiedeński; w pierwszej jechali państwo sami z córką, w drugim Parciński ze Stanisławem.
Jak tylko zajrzeć ich mogli ci panowie, rozpoczęły się sypać uwagi i postrzeżenia, a każdy ukradkiem coś około siebie poprawił, nawet Hubka płaszcz spadający mu z ramion nasunął i czapkę przegiął na bok dla dodania sobie fantazji. Porfiry starał się być bliżej furtki, chcąc korzystać ze znajomości i pierwszy ich powitać.
— Ekwipaże przepyszne! rzekł Pancer, prześliczne! konie ładne! o! do kata! jakże się szkapy i niedobitki Danglowskie przy tych świecidełkach wydadzą? Co powiedzą Hurkoty i Dankiewicze?
— Trzeba przyznać że i powozy i zaprzęgi smakowne... dodał Zmora.
— Kareta najmniej 300 czątych kosztować musiała, mruknął Hubka.
Porfiry układał tymczasem powitanie i milczał pracując nad frazesem, którym miał państwa Balów u furtki przyjąć.