Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/028

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A co? od drzwi powracając, zawołał pan Porfiry, albom przesadzał?
— Panna ładna! rzekł Zmora, matka ma poważną powierzchowność, ojciec trochę śmieszny, przypomina kupca! a taki uśmiech dobroduszny! pojąłem zaraz jak go Sulimowski ociął.
Jaś Pancer dodał kiwając głową:
— Panna śliczniutka, ale to dziecko prawie; co za pańskie przybory, powozy, ubrania... i ten młody panicz... ma bardzo przystojną minę.
Hubka tylko pomruknął:
— Worek musi być tłusty!
Jeszcze raz rzuciwszy okiem na konie, ludzi i karety, na której herbik Gozdawę dostrzegł Zmora, wszyscy się ruszyli do kościołka... Tu także wnijście państwa Balów wielkie zrobiło wrażenie, ciągle się oglądano na drzwi, a klask z bata i szelest u wnijścia, Hurkotów i Dankiewiczów obrócił mimowolnie... Pierwsi mieli uśmiech niespokojnego szyderstwa na ustach, drudzy wyraz chciwej ciekawości.
Pani Balowa przywykła w mieście poszukać sobie bliżej ołtarza spokojnego kątka do modlitwy, wprost minąwszy ławki i nie zaglądając nawet do nich, posunęła się aż do kratki oddzielającej prezbiterjum i tu z córką uklękła, Bal, z resztą męzkiego towarzystwa, wsunął się na ostatnie miejsca, milczkiem i po cichu...
Nic w tem wszystkiem nie było nadzwyczajnego, ale Dankiewiczowie i Hurkoty żywo szeptać zaczęli.
— Poradziła sobie, rzekła z gniewem podsędkowa — wielcy państwo! nie dobre im ławki, zostawują je dla nas, sami się aż pod ołtarz cisną! Nie raczą mięszać się z nami biedakami.