Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/018

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szył z niemi do swego pokoiku. Tu zaparłszy ich do kątka obu, rozpoczął po cichuteńku opowiadanie leśniczego.
— Może to być plotka, rzekł do swego tymczasowego plenipotenta, ale mnie to trochę niepokoi. Wystaw sobie pan, chłopi wbrew i głośno odgrażają się, że słuchać mnie nie będą.
— Z czegoż to poszło? spytał spokojnie Parciński.
— Właśnie że jawnego powodu nie ma; powiada leśniczy, że ich dawny rządca podburza, dali się z tem słyszeć, że byli książęcemi, grafowskiemi, więc prostemu jak ja szlachetce ulegać nie myślą.
— A cóżeś pan kazał z tem zrobić? rzekł kiwając głową Parciński.
— Na burzenie nic, na gawędy ich po pijanemu nie ma co zważać, nieposłuszeństwa dotąd jawnego nie ma, głupi Krużka radził mi zaraz wziąć się do srogości, ale ja mam inny środek: jestem apostołem cywilizacji i działać będę łagodnie.
Parciński uśmiechnął się i skłonił głowę.
— Więc pan wiesz i gotów jesteś na wszystko co jego misja apostolska pociąga za sobą? — zapytał.
— Jakto? co?
— Pan więc chcesz tych ludzi z gruntu na innych przerobić?
— Pochlebiam sobie, że powoli...
— Piękny to zaiste cel życia, rzekł Parciński, ale na olbrzymie się pan rzeczy porywa! Nie znasz pan tego ludu jeszcze do którego przychodzisz, powiadasz, jako posłannik cywilizacji... Jest to poczciwe plemię, jest to lud w istocie najlepszy w świecie.
— A ha! a ha! zakrzyknął Bal.