Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/017

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cząć znajomości, trzeba je mieć gdzie przyjąć, dom cały rozrzucony, połowy przyborów braknie.
— No więc tymczasem papo nie miej nam za złe że się nudzimy, a przyznaj się że i ciebie to nie bawi.
— Co? mnie! zawołał pędem podbiegając pan Bal, mnie nie bawi? zkądżeś to wyczytała? ja jestem szczęśliwy, ja jestem w swoim raju.
— Papeczko! a twoje kłopoty?
— Jakie? nie mam żadnych!
— Ej! ej! czyż się godzi tak mówić?
— Powiadam ci, żem szczęśliwy!
— I nic papy nie zawiodło?
— Nic! nic! wszystkom znalazł jak chciałem, cieszę się, raduję, rozpatruję i marzę.
— Co to za szczęście tak sobie wyobrazić, że człowiek szczęśliwy! odparła śmiało Lizia, ja bardzom była rada wiosce, ale przyznaję, że się tu okrutnie nudzę i już mi żal Warszawy.
— Nie dziw, tyś kobiecina, a kobiety zawsze żałują tego, co przed chwilą ich nudziło.
— Papo! stajesz się złośliwy w skutek wielkiej szczęśliwości.
Bal trzepiotał się jak mógł, śmiał, ale mu ciężko było na sercu, teraz gdy już leśniczego odesłał, nasionko przezeń rzucone narastało się w głowie... najdziksze wyradzając owoce. Niechęć włościan olbrzymiała, przerażała go, przybierała fantastyczne rozmiary, każdy szelest go zastraszał, groził mu, wstrząsał, przychodziły na myśl historje zapomniane, krwawe sceny, obrazy płomieniem malowane. Męczył się jednak z sobą żeby nie dać poznać co się w nim dzieje, i zaraz po wieczerzy, zabrawszy Stasia i Parcińskiego, ru-