Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/016

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


żona nie poznała co się w nim działo, zatarł ręce, począł się żywo przechadzać.
Staś, pani sama, poznali zaraz, że go coś dotknęło, bo nikt gorzej nad niego nie udawał, ale Bal jakby się tego domyślał, rozpoczął żywo mówić o swoich projektach na przyszłość.
— Niech no Bóg da doczekać wiosny — zawołał — słowika, zapachu lasów, szumu wód, woni brzóz rozpękniętych, dźwięku pastuszych fletów, zobaczycie jaki to raj ta wieś! Co do mnie nawet w tej chwili widzę w niej wdzięk nieopisany — coś majestatycznego, ponurego, ale surowej, wysokiej piękności.
— Takie wrażenie muszą robić stepy i pustynie — odparła żona...
— O! o! nie dziwuję się tobie, tyś córka miasta i kochasz je miłością wszystkich pokoleń twej rodziny, która zrosła wśród miast, we mnie pozostała pamiątka zagasłej przeszłości, dla mnie nie ma jak wieś...
Lizia, która tak z ojcem wzdychała do wioski, podniosła zwieszoną główkę, spojrzała po pustym pokoju, i z trochą niecierpliwości odezwała się:
— Ale drogi papo! żeby coś kochać, trzeba znać...
— To kwestja, śmiejąc się przerwał ojciec, może właśnie przeciwnie.
— Ja przynajmniej — kończyła chmurno faworytka ojcowska — com tak była ciekawa wioski, przyznaję, że dotąd niczem mnie ona nie pociąga. Nie znamy jeszcze nikogo, bo trudno mi liczyć do miłych znajomości gromadę która była na dziedzińcu i pana Porfirego który się rozkrzyżował w pokoju... Zacznijmyż używać wsi...
— Trochę cierpliwości, przerwał ojciec, żeby rozpo-