Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/015

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Dotąd jako tako.
— No! to my nie mamy prawa wglądać w to, co po pijanemu bzdurzą.
— Jaśnie panie, co u trzeźwego na myśli, to u pijanego na języku.
— Od myśli panie Józefie do uczynku daleko.
— Ha! jak się Jaśnie panu podoba, odparł z ukłonem Krużka; ja miałem sobie za obowiązek jako wierny sługa donieść o tem co się święci, a reszta do mnie nie należy.
— I wierz mi, nic z tego nie będzie.
— Daj to Boże, ale niech Jaśnie pan prędko o drugim rządcy myśli, a jeszcze prędzej wysadza tego Supełka, bo póki on tu będzie spokoju mieć nie możemy. Wszystko to jego roboty.
— To najpewniej, ale czemuż się nie wynosi?
— Miejsca słyszę nie ma u hrabiego.
— Niech gdzieindziej szuka.
— Nie tak to łatwo!
— Co się tyczy ludzi, panie Krużka, proszę z niemi jak najłagodniej, jak najgrzeczniej, jak najlepiej.
— Jaśnie panie, górę wezmą... pan ich nie zna.
— Poradzimy sobie, jak oni mnie lepiej poznają.
Pan Bal ufając w swoję dobroć, uśmiechnął się, ale niespokój wkradł się był w jego duszę, wyszedł do saloniku zasmucony, zadumany, potrzebował znów poddmuchnąć sobie marzeń dawnych, żeby się wrócić na stanowisko admiracyjne, z którego spychały go codzienne wypadki. O! jak to zawsze rzeczywistość daleka od marzeń, choćbyśmy o najprostszej, o najpoziomszej rzeczy marzyli.
Podnosząc portjerę uśmiechnął się pan Erazm, żeby