Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/014

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Z czegoż to przecie poszło? to być nie może!
— Już jabym Jaśnie panie plotki nie przyniósł, zamaszyście odparł leśniczy, ale tu jakieś licho ktoś sieje. Oni tego sami nie zmyślili. Wyobrazili sobie, że to dla nich z ujmą ich chłopskiego honoru.
— Co takiego? co takiego? — zdziwiony spytał pan Bal.
— Ot, jednem słowem powiedzieli, że oni byli książęcy, grafowscy, a że Jaśnie pan ani książę, ani graf, to go słuchać nie będą.
Bal osłupiał: sielanka jego dziwne jakieś przybierała kształty, wszystko co marzył z rąk mu się wysuwało: ten lud jego ukochany, na którego twarzach poczciwych czytał tyle uczucia, tyle przyjaznych dla siebie życzeń, tak boleśnie uderzał go w samo serce.
— Ale powiedzcież im, zawołał po chwili obie wyciągając ręce, że moje szlachectwo książęcego i grafowskiego warte.
— E! Jaśnie panie, to nie ma co w rozhowory się wdawać, odparł leśniczy kręcąc wąsa, mnie się widzi, że który pierwszy nie posłucha, dać mu dobrą naukę, a to się to uciszy.
— Bić? a uchowaj Boże! zakrzyknął pan Bal, na to nigdy nie pozwolę, nigdy!
— Jak to Jaśnie panie? a jeśli zasłuży?
— Znajdą się inne sposoby.
— O! jeśli tak, rzekł Krużka, to bywajże zdrów, nie pogospodarujemy tu długo.
Pau Bal smutnie się uśmiechnął, ale teorja leśniczego poprawiła jego doniesienie, oboje mógł poczciwy kupiec razem odrzucić, odwaga wstępowała mu w serce.
— Ale dotąd słuchają? spytał.