Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/013

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się z pierwszej próbki wiejskiego towarzystwa.
— Nie przeczę, pan Porfiry Szłapiński...
— Szaławiński! zmiłuj się pan, śmiertelnie go obrazisz podobną omyłką.
— A! muszę dobrze sobie zanotować, Szaławiński, nie przeczę dosyć jest śmieszny ale ręczę że bardzo poczciwy człowiek... naiwny, prosty, serdeczny. — Parciński przytomny rozśmiał się bez ceremonji.
— Ja lubię tę prostotę, tę powierzchowność szorstką, podchwycił Bal, kryje ona wielkie przymioty serca, któremi się my miast mieszkańcy chwalić nie mamy prawa. Wolę powierzchowność trochę niekorzystną, bylem mógł na wnętrze rachować. Zresztą niekoniecznie wszyscy są podobni do pana Porfirego.
Było to wieczorem jakoś, wywołano pana Bala do jego pokoju, przyjechał w pilnym interesie leśniczy. Twarz jego posępna nie rokowała nic dobrego, kręcił wąsa, miął czapkę i z nogi przestępował na nogę.
— Cóż mi tam masz powiedzieć, spytał Bal.
— Sam nie wiem Jaśnie panie od czego zacząć, ale licho mamy.
Pan Bal ruszył ramionami tylko.
— No, cóż tam takiego?
— A źle! źle! chłopi się nam panie buntują!
— Co Waćpan pleciesz! — zawołał Bal jednak bledniejąc.
— Tak jest Jaśnie panie, po wszystkich wioskach narady, rozjątrzenie niezmierne, gawędy... z karczem nie wyłażą.
— Ale o cóż chodzi?
— Koniec końcem mówią, że słuchać nie będą! — rzekł leśniczy — licho wie co to jest.