Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/012

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cham (proszę się za to nie gniewać). A może też i pan pogodzisz się ze smutnem Zakalem? Trzeba nie mieć iskierki jednej w duszy, żeby nie przenieść garści żółtego piasku i zeschłej trawy nad najpiękniejszy bruk w świecie. Pożycz pan od ojca trochę jego zapału.“
Lizia nawet, która z takiemi nadziejami jechała na wieś, spojrzała chciwie na listy i zarumieniła się mimowolnie ujrzawszy na jednym z nich znajomą sobie rękę Strumisza. Do niej jednej od nikogo nie było ani słowa. To też dotknięta tęsknotą gdy wszyscy zasiedli do listów i gazet, usunęła się w kątek i poczęła dumać, co się jej rzadko trafiało, po młodemu, z tym smutkiem do zazdrości, który jest tylko zamaskowaną nadzieją!
Dzięki Bogu, listy co zawsze prawie złe wieści przynoszą, na ten raz przyszły pełne uspokajających wiadomości, Strumisz upewniał, że wszystko idzie i iść musi dobrze, uwiadamiał że wysłał bryki do Zakala niecierpliwie oczekiwane, troskliwie się dopominał wiadomości o podróży, przybyciu i rozgoszczeniu.
Pewien był licznych zawodów które tu spotkać miały pana Erazma i zawczasu nad niemi bolał, nietyle szkody ceniąc ile cierpienia.
Ale dotąd, jak widzieliśmy, Bal nie dawał się pożyć w żaden sposób; powiedziawszy sobie, że kocha wieś, że ona go uszczęśliwić tylko może, brał wszystko z dobrej strony, nie spoglądał na podarte podszewki. Znudzony nie przyznał się do nudy, zmęczony nie pokazywał znużenia, a każdy zawód ubierał w barwy nadziei.
— Wieś! nie ma jak wioska! powtarzał żonie, która szczerze i otwarcie na nudy narzekała i śmiała