Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 02.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Sprzęt pamiętał dawne czasy, krzesła wyginane, kanapki bronzowemi gwoździkami i czarną wybite włosiennicą, stoły stosowne, obrazy familijne i kilka poczerniałych mazanin na ścianach ubierały go mile. Na oknach kwiaty, pstre firanki z białą fręzlą, wszystko aż do dawnych drewnianych futryn, niegdyś obiciem wypełnionych, było harmonijne w starym dworku. Ale znać też było niedostatek, który dziurami przeglądał. W drugim pokoju, podobnym pierwszemu, wrzał już samowar, a na kanapce z pończoszką w ręku, z wielkim brylantowym na palcu pierścieniem, siedziała pani Dankiewiczowa z domu Kościńska, miłej dosyć twarzy, wielkich tonów kobiecina, trochę ułomna, co jednak starannie ukrywała. Podsędek zawsze w cztery oczy z żoną nazywał tę parę kulawemi turkawkami, chcąc przez to wyrazić obojga defekta i obojga miłość, w istocie przykładną.
Skłonieniem głowy poważnem powitała pani domu gościa, który ze zwykłą przesadą się jej ukłonił i podała mu białą rączkę do pocałowania.
— Zkądże wiatry szczęśliwe przynoszą pana? spytała.
Tak się rozpoczęła rozmowa, najprzód od Hurkotów, potem przeszła na Zakale. I tu opowiadania już coraz kwiecistszego słuchano z zajęciem osobliwem. Pan Porfiry, który się coraz lepiej wyuczał i coraz ozdobniejszy tworzył opis salonu w Zakalu, z pociechą ujrzał że wielkie wywarł wrażenie.
I była chwila milczenia długiego, aż się sama pani ozwała:
— Cóż podsędek na to?
— A! podsędek! zawołał gość, myślę że dosyć mu nie w smak nowo-przybyły, bo podobno ciężko z nim