Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 02.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zły. Dziwił się pan podsędek, że Dankiewicze mogli nawet na jednej wiosce pomyśleć o wydzieraniu im prymu; szeptali ci znowu, że dwie wioski z długami na troje dzieci nie są tak wielką rzeczą, a sama pani powtarzała, że jest z domu Kościńska. W kościele, na zabawach, panie usiłowały zabrać pierwsze miejsca, i ta która ustąpić musiała drugiej, mocno się tem gryzła, tak że bywały choroby. Sami panowie pod serdeczności pozorem kryli stare urazy, podsędek brał wszędzie górę z tytułu swego, a Dankiewicz ustępował do czasu przysiągłszy że choćby wszystko stracił na urzędzie, koperty się lepszej dorobi.
— Co to podsędek, mawiał; cóż to podsędek?... nic! czczość! Wolę nie mieć żadnego niż taki nędzny tytulik, to śmiechu warto.
Państwo Dankiewiczowie więc nie byli bez niepokoju zasłyszawszy o przybyciu nowego dziedzica do Zakala; sam zamyślał przeczuwając, że Zakale weźmie się z Dębnem za ręce, a Burki pójdą w komysz.
Na takie właśnie aprehensje nadjechał wózek Porfirego, który tu był poufale i serdecznie, przybierając zawsze swój ton wyższy...
Dankiewicz, chuderlawy mężczyzna, który miał w twarzy nerwową drżączkę, wykrzywiającą mu jeden policzek, blady, ruchawy, ciemnego włosa, oliwkowej cery, trzaskając drzwiami wybiegł na ganek swego dworku wołając:
— Jak się masz kochany sąsiedzie? w sam czas trafiłeś na herbatę, samowar kipi, żonka ma nalewać.
Weszli na prawo do saloniku, który był znacznie mniejszy od Hurkotowskiego i cale inaczej wyglądał; choć mniej w nim pretensji, więcej było wdzięku.