Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 02.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


resztę, miał chustkę z pąsowemi końcami na szyi, włos krótko ostrzyżony, wąs do góry zadarty, wielkie dwie brodawki na twarzy, nos źle narysowany i szeroki, usta podobne, a wyraz ciekawości, zuchowstwa, śmiałości jakiejś, razem szyderstwa i głupoty najosobliwszy. Wszystko to zmięszało się na twarzy jego w całość karykaturalną, której dobitności dodawał chód teatralny, postawa-rycersko bałaguska i zadarcie głowy mające należeć do dobrego tonu. Figura ta w mieście byłaby uderzała dziwacznością, na wsi nie zwracała nawet oczu; ale pan Bal, który się jeszcze nie oswoił z sąsiadami, zdziwił się na widok tak podejrzanej fizjognomji gościa, którego łatwo było wziąć za awanturnika.
Pan Szaławiński wszedł raźnie, odważnie, oglądając się jakby chciał robić inwentarz, powiódł oczyma po zgromadzeniu, uśmiechnął się protekcjonalnie do Parcińskiego i skierował laskę podnosząc do ust niedbale ku panu Balowi.
— Zapewne szanowny gospodarz? rzekł z uśmiechem.
— Tak jest.
— Mam honor prezentować się, Porfiry Szaławiński z Peremyla, sąsiad Waćpana dobrodzieja! przepraszam za natręctwo, ale rad byłem małemu interesikowi, który mi dał powód służenia szanownemu panu.
Ten szanowny pan i cała mowa były w tonie tak górno poufałym, że chyba na wsi przyjąć je mógł pan Bal. A że mu bardzo chodziło o pokazanie się jak najkorzystniejsze przed sąsiadami, o sławę gościnności, uśmiechnął się, podał rękę i wskazał krzesło.
Pan Szaławiński padł na nie, naśladując miejskich paniczów, ale wcale niezgrabnie, nogi wyciągnął, laskę