Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 02.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wbił między nie i sparłszy się na poręczy, obejrzeć raczył po saloniku.
— To prawdziwe cudo! zawołał po chwili; izba czeladna przekształcona w śliczny salonik!
— Z musu i na prędce, rzekł przesiadując się Bal; spodziewam się coś lepszego zrobić z tego domu.
— Na co tu lepsze? rozśmiał się pan Porfiry, na wieś i tak aż nadto.
— Jak dla kogo, przerwał Parciński, a czemuż ludzie majętni nie mają sobie wygódek i przyjemności pozwolić?
Przybyły wciąż robił inwentarz mebli i kiwał głową i laski gałkę do ust przybliżał, niekiedy brwi podnosząc.
— Przecieżeśmy się doczekali, dodał po chwili, że w Zakalu będziemy mieli sąsiada! Poczciwy Sulimowski opuścił ten majątek, a w naszem nielicznem kółku wielka przez to była strata; tu taka pustka!
— Przyznam się panu, że nic jeszcze nie wiem jakie mam sąsiedztwo, bom dopiero od kilku dni przybył, rzekł Bal.
— Nikt pana lepiej nie objaśni nad pana Porfirego, rzekł Parciński, bo zna wszystkich, bywa wszędzie i nikogo nie oszczędzi.
— O! o! obgadujesz mnie mości Tomaszu, odezwał się z góry gość; ale w istocie sąsiedztwo znam na palcach. I nie dziw, swobodny jak ptak, sam jeden, nie lubiąc gospodarstwa, przepadając za towarzystwem, muszę robić znajomości... Poczciwy hrabia Jan mieszka daleko, dawni moi towarzysze i przyjaciele: książę B... baron C... powynosili się... zrobiłem sobie nowe kółko.
— A więc chwała Bogu, sąsiedztwo liczne? spytał