Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 02.djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czności przywiedziony odcina się, jak zając gdy go już psy chwytają, Delcia płacze i tupie nogami, słudzy latają, a pan pisarz, któremu rozkazano się do dymisji podać, posłuszny drży ze strachu i z gniewu, gdyż był pewien że go prosić będą ażeby pozostał.
— Pan Bóg mnie pokarał tym głupcem, woła latając po pokoju rządczyni, ani do tańca, ani do różańca, gdzie chcesz go użyj wszędzie głupstwo zmaluje...
— Samażeś mi jejmość kazała w swej wysokiej mądrości prosić o uwolnienie.
— Tak! a tyś tak się postawił, że cię poczęstowano kolanem; coś był powinien podrożyć się tylko żeby jeszcze bezpieczniej zostać, toś się pospieszył... co to mówić! co to mówić.
— Ba! gdybym ze starym tylko miał do czynienia, płaczliwie odciął się Supełek, ale tam młody przyszedł, licho go wniosło i szyki pomięszał... Cóżem się miał sam prosić...
— Jaki młody?
— A syn! to jakiś frant! ostro kuty.
— Czekajże stary harbuzie i ty młody paniczku — krzyknęła żona, będziecie mieli oba za swoje, pokażę ja wam jak nas ztąd wyganiać. Każ Waćpan zaprzęgać mi do bryczki.
Supełek rad że się wyrwać mógł, poleciał.
Do pokoju pana Bala znieśli wreszcie papiery, a w pierwszej chwili pośpiechu i gniewu tak nieostrożnie się znaleźli, że co do świstka wszystko złożono w ręce dziedzica. Pisarz wyszedł na róg domu, załamał ręce, zapatrzył się w ziemię i dumał o dalszych losach.
Pan Bal uradowany że mu syn przyszedł w pomoc