Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 02.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— I owszem, rzekł żywo, proszę o papiery, a uwolnienie natychmiast nastąpi.
Krużka patrzący na to z boku, przez politykę słowem się nie odezwał, póki pisarz był w pokoju, ale gdy wyszedł rozśmiał się.
— To Jaśnie panie, rzekł leśniczy, cały interes, że chcą żebyś ich pan prosił, co się nie godzi, a potem myślą jeździć! Niech ich państwo nie wstrzymują... ale proszę mnie nie zdradzać... ja się ich jak djabła boję.
— A cóż oni Waćpanu zrobić mogą?
— Co? zawołał Krużka... to ludzie co mają w kieszeni wszystkich, w przyjaźni z całym światem... asesory, strapczowie, co żyje w stosunkach. Sąd niższy... nawet w gubernji krewnych mają!
Staś się rozśmiał.
— Dobrze się Jaśnie panu śmiać, odparł leśniczy, ale i państwu oni jeszcze na odjezdnem nie jednego piwa nawarzą.
— Nam! zakrzyczał Bal.
— Ba! ale to niech nie zastrasza! Gospodarstwo kłopotarstwo, Jaśnie panie, a nie tylko same gospodarstwo, ale co tylko się go dotycze.
Pisarz wpadł wlokąc za sobą zaperzony dwóch ludzi, którzy nieśli stosy papierów.
— To wszystko? — spytał Staś.
— Jeszcze jest drugie tyle.
— Prosimy i o tamto, rzekł Bal, przyjedzie rachmistrz do obrachunku, zdasz mu pan wszystko i będziesz wolnym.
Gdy się to dzieje we dworze, na folwarku istne piekło! Piękna rządczyni łaje męża, mąż do ostate-