Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 02.djvu/065

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Staś się uśmiechnął. — A pan tu dawno?
— Ja! jam się urodził, wychował i zapewne tutaj umrę, dodał Krużka, w którym się już pasyjka do gadatliwości przebijać zaczynała. Rodzice moi mieszkają na czynszu w Nowinach, ja służyłem trochę wojskowo, a ranny zostałem na Zakalańszczyznie leśniczym, i że dzięki Bogu, jakoś dotąd ze mnie ludzie radzi, może i dalej tak będzie....
— Jak Waćpan myślisz? spytał Bal przystępując do niego, co to się stało rządcy, że chce się oddalić, nim mnie poznał?
— Tego nie zgadnę, rzekł otwarcie prostując się Krużka; to Jaśnie panie robota nie jego, ale żony, która, z pozwoleniem pańskiem, nie przy panu mówiąc, dawno mu spodniczkę skroiła... To kobieta co się zowie! ona i.... tu się przyzastanowił, ale tego mówić nie należy...
Pisarz nie powracał, Bal się niecierpliwił, nareszcie wszedł.
— Pan rządca, proszę Jaśnie pana, potrzebuje regestrów, żeby się przygotować do zdania.
— Powiedz mu pan, odparł Stanisław, że regestry później do zdania służyć będą, a teraz powinny być tu...
— I pamiętaj pan, dodał Bal, że rządca jest tylko rządcą, a ja jestem dziedzic, proszę mi przynieść papiery...
Zaczerwienił się blady adonis.
— Ja także, rzekł, proszę Jaśnie pana o uwolnienie, mam rodziców dostatnich i tylko dla wprawy nie z potrzeby zajmowałem się pod dyrekcją pana rządcy, a ponieważ on...
Pan Bal aż zbladł, ale Stanisław nie odstępował go szczęściem.