Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 02.djvu/064

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niu, przewybornie przedstawiał stan do którego należał. Obok niego stojący, wysmukły w surduciku opiętym, z włosami á l’enfant, bródką i wąsikiem, pisarz, miał minę narysowanej na ścianie karykatury.
Pisarz twarzą i postawą wyrażał nieukontentowanie, dumę, wyższość jakąś... i głupstwo. Leśniczy był trochę drwiący dobrodusznie. Oba skłonili się panu Balowi, każdy na swój sposób, pisarz poprawiając włosy szacowne, leśniczy pokręcając wąsa i stając zaraz w pozycji niemal żołnierskiej.
— Panowie, odezwał się Bal, miło mi ich poznać i powitać; wiecie zapewne, że jestem nowym dziedzicem Zakala?
— Przyszliśmy złożyć nasze uszanowanie JW. panu, rzekł donośnie leśniczy i spytać o rozkazy.
Pisarz się uśmiechnął zakrywając ręką.
— Najpierwsza rzecz, rzekł Bal, przypominając sobie odprawę Supełka, niech mi pan pisarz przyniesie tu wszelkie regestry ekonomiczne, inwentarze, raporty i papiery, proszę o nie.
— Czy zaraz? spytał młody człowiek.
— Natychmiast! poparł Stanisław.
Pisarek ruszał ramionami i wyszedł, leśniczy się za nim obejrzał, westchnął.
— A Waćpan, rzekł do niego Bal, zechcesz mnie oprowadzić i obwieść po Zakalańszczyźnie, boć ją musisz znać dobrze.
— Oj! oj! oj! Jaśnie panie! rzekł Krużka, jak moję dziurawą kieszeń! pokażę, nie chwaląc się, lepiej od Supełka, który ponieważ się oddala, mogę powiedzieć, że Borowicy i Nowin tak dobrze jak ja nie zna, choć tu dwanaście lat króluje!