Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 02.djvu/063

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się wprzódy powinny dopełnić, trzeba zdać regestry, remanenty jakie nam podano, porządnie wszystko skończyć i wynieść się zresztą kiedy się podoba.
Bal uśmiechnął się z ukontentowania, a rządca zmięszał z kolei.
— Tymczasem pisarz i ja, kiedy mi ojciec pozwolisz, zastąpimy pana tego, miejscowości nie znam, ale tej się nauczę rychło i damy sobie rady.
Ton żartobliwy jakim to mówił Stanisław, zastraszył Supełka, który, że instrukcje żony nie przepisywały mu, co miał czynić na taki raz, zamilkł, ukłonił się i wyszedł.
Bal uściskał syna.
— Kochany Stanisławie, chcę objechać majątek, posłałeś istotnie po leśniczego i pisarza?
— Oba czekają, kochany ojcze.... ja też kazałem sobie konia osiodłać i pojadę razem.
— Otoś mi gracz! otoś mi kochany! zawołał ojciec, dobrze! pojedziemy! a wózek dla mnie jest?
— Wszystko gotowe....
W tej chwili weszli: pisarz, cienki człowieczek, który wyrósł zbytecznie i jako jasny blondyn zdawał się mieć skłonność do melancholicznych miłostek, które nawet rozpoczął był już z rachityczną Delcią, córką państwa Supełków, a z tego powodu duszą całą ich sprawie sprzyjał; i tęgi, barczysty, zdrów jak wół, z wąsami na pół łokcia, łysiną trochę już przeświecającą się leśniczy, pan Józef Krużka. Z twarzy ostatniego, patrzała poczciwa gadatliwość, coś uprzejmego, sympatycznego, jakaś prosta rodzinna szlachetność. Ubrany w długie buty, w spencer z lisami, szarawary skórą wyszywane, z harapem przez plecy i torbą na ramie-