Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 02.djvu/062

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


łek wcisnął się do izdebki, stanął niedaleko progu, skłonił się jakoś dosyć kuso i nie pytany począł:
— Przyszedłem do Jaśnie pana prosząc, żeby był łaskaw mnie uwolnić: widzę ze wszystkiego, że ja Jaśnie panu dogodzić nie potrafię...
Pan Bal osłupiał.
— Co? zapytał, jakto?
— Proszę o uwolnienie mnie, powtórzył rządca.
— Co to jest? dla czego? Waćpan nie miałeś czasu przekonać się, czy możesz lub nie być mi dogodnym, ani ja czy z niego będę kontent... cóż za powód tak nagły?
Rządca się nachmurzył.
— Tak, proszę pana, mam inne zamiary. Chcę gdzieindziej szukać szczęścia.
Stary widocznie był zmięszany i już miał począć prosić Supełka, gdy drzwi się uchyliły i wszedł Stanisław, który wszystko słyszał. Oczy jego wcześnie dopatrzyły więcej niż ojcowskie, pojął potrzebę wsparcia ojca i niedozwolenia, żeby sobie z niego robiono igraszkę. —
— Za pozwoleniem papy, rzekł oddając dzień dobry, słyszę, że pan rządca chce się uwolnić.
— Właśnie, podchwycił ojciec, ni ztąd, ni z owąd wpadł mi, kiedy go najwięcej potrzebuję, z tą propozycją....
— Ale dla czegożbyśmy tego pana uwolnić nie mieli, odparł Stanisław do ojca, tymczasowo znajdziemy w pisarzu i leśniczym, po których posłałem wcześnie, dla oprowadzenia papy pomocników; pan Supełek jeśli chce, może gdzieindziej szukać sobie szczęścia, papa mu drogi do niego zagradzać nie będzie. Są tylko rzeczy, które