Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/615

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szybko odeszła do swojego pokoju. Idąca za nią Francuzka spostrzegła ją tylko padającą z rękami załamanemi u klęcznika i zmieszana cofnąć się była zmuszona.
Godziemba jak oszalały pobiegł gdzieś w miasto.
Tymczasem hrabina klęczała tak do północy, nie wyszła do wieczerzy i całą noc spędziła — jak się przekonała Dumont szpiegując pode drzwiami, albo chodząc po pokoju lub jęcząc u klęcznika... zdawała się być w gorączce.
Rano posłano po kapelana i spowiednika, którym był kapucyn staruszek, wsławiony naówczas ze swego daru uspakajania sumień trwożliwych. Uważano, że godzinę prawie trwała spowiedź, a przy mszy świętéj, przyjmując kommunię, hrabina płakała znowu. Po nabożeństwie położyła się, posłano po lekarza. Objawiła się lekka gorączka.
Dumont przerażona tém była. Godziemba szalał z rozpaczy. Francuzka ciągle przynajmniéj mogła siedzieć przy choréj, która się jednak ani słowem do niéj przez cały ten dzień nie odezwała... Nazajutrz po spokojniejszéj nieco nocy, lepiéj już było hrabinie i doktór wstać jéj pozwolił. Nie przyjmowała jednak nikogo, nawet Sołłohubowéj, która koniecznie dobijała się do niéj.
Dumont już nie szło teraz o żadną intrygę: przelękła, obawiała się tylko o siebie, pragnęła utrzymać na swém miejscu. To téż ani słowo o dniu pozawczorajszém z ust się jéj już nie wyrwało.