Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/616

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Część znaczna dnia spłynęła na jakichś pokutniczych modłach; hrabina miała twarz uspokojoną, posępną, nacechowaną wyrazem energii i mocnego postanowienia. Kaszel się zwiększył, policzki i oczy pałały...
— Mam do ciebie proźbę, moja Dumont — rzekła o zmroku. — Nie mogę inaczéj — tylko tobie to zwierzyć — ty wiesz niestety, o wszystkiém... Mam najmocniejsze postanowienie żądać od tego człowieka — aby się oddalił.
Dumont ze strachu ust otworzyć nie śmiała.
— Tak jest i inaczéj być nie może. Pytałam o radę mojego spowiednika — jest to moim obowiązkiem. Oddalić się nagle, teraz, nie może, dopiero za mojego męża powrotem. On sam będzie go prosił o uwolnienie i uda się na wieś do swoich starych Godziembów... Żadnego pożegnania — ani słowa. Ja na to nie pozwalam. Do powrotu męża mojego, niech do mnie nie przychodzi wcale.
Milczała Francuzka, ale wzdychała.
— Proszę, abyś mu to objawiła dziś, zaraz — tylko pod tym warunkiem może zachować szacunek mój i pamięć dobrą... To jest moją wolą i rozkazem...
Hrabina z takim wysiłkiem i rozgorączkowaniem to mówiła, iż Dumont uznała za konieczne uspokoić ją i odezwała się:
— Niech hrabina tak się nie irrytuje; nikt się jéj rozkazom nie sprzeciwi... To człowiek cichy,