Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/614

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Cóż to jest hrabinie?
— A! nie dotykaj mnie! nie patrz na mnie! jestem najnikczemniejszą z kobiet... brzydzę się sobą...
Francuzka się śmiać zaczęła.
— Ale ja, moja droga pani, byłam świadkiem całéj sceny; jeden wyraz mi nie uszedł, słyszałam wszystko.
Hrabina z krzykiem zakryła sobie oczy.
— Co za dzieciństwo! — dodała prędko Francuzka — co za śmieszność robić sobie z tego tak wielkie rzeczy, że w rękę pocałował! Ale to od bardzo dawna nastąpić przecie było powinno. Wam się téż w życiu waszém choć chwileczka szczęścia należała.
To mówiąc poczęła tulić płaczącą i uspakajać jak umiała.
— Pani wszystko bierzesz tragicznie — a na świecie komedya jest wszędzie.
Brühlowa nie zdawała się słuchać nawet.
— Jakże ja będę śmiała ci spojrzeć w oczy, ja nędzna jawnogrzesznica! krzyknęła z boleścią.
Śmiechem odpowiedziała jéj Francuzka. Napij się wody... uspokój i nie myśl o tém, droga pani, a...
Tu zbliżyła się jéj do ucha i żywo coś szeptać zaczęła...
Wszystko to było napróżno, hrabina wstała nagle i jakby siłą jakąś niepohamowaną pchnięta,