Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/344

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    owego Francuzika, eleganta o krótkich nóżkach, w Kamysz zapędzimy...
    Rozśmieli się wszyscy...
    — Chybaby Bóg nie łaskaw! dorzucił Sołłohub.
    — A dla czego nie ma być łaskaw? rzekł książę. Tamto mospanie, panie kochanku, wszystko ateuszowe nowomodni, a my starzy Pańscy słudzy... Jeśli ma paść grom, chyba na tę Sodomę i Gomorę...
    To mówiąc wstał książę i żegnać się zaczęto... Brühl dziękował i przeprowadzał... A że już kobiét nie chciano niepokoić, szli wprost do ganku... przed którym kareta stała w pogotowiu... Uścisnąwszy się raz jeszcze, wojewoda na ręku dworzan wniesiony do powozu, siadł, za nim drudzy się poczepiali, i cały orszak z tąż samą pompą wyciągnął napowrót z Młocin do Warszawy...
    Odetchnęły panie, gdy szum ustał i wojewoda odjechał wreszcie...
    Inni téż goście za nim poczęli się do miasta wynosić. Narada dłuższa była zbyteczna, gdy książę stanowczo przyrzekł w razie wywołania burdy taką pomoc skuteczną.
    Sołłohub jeden, na pół domowym będąc, pozostał. Cześnik znużony rzucił się w krzesło w bibliotece, wsparł na ręku i zadumał...
    — No — jak ci się nasz Radziwiłł podobał? zapytał generałowicz...