Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/343

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Zdrowie dam, pani cześnikowéj dobrodziejki, nie inaczéj, jak na kolanach...
    I bardzo zręcznie ukląkł, kielich podnosząc do góry z fantazyą wielką, potem do ust go przyłożył i duszkiem wychylił — ukazując, że kropli nie zostawił. Zarumieniona Brühlowa dziękowała... okrzyk się dał słyszeć... Biednéj Sołłohubowéj rumieńce na twarz wytrysły. Cała ta scena dla osób do spokoju nawykłych, nadto była huczną i niemal przykrą...
    Szczęściem trwała niedługo, bo książę rękę gospodyni ucałowawszy, cofnął się razem ze swymi do biblioteki. Tu wnosić zaczęto inne toasty z kolei. Cześnik i nienawykły do nich, i nic pijący wina, w imię gościnności i dla przypodobania się sprzymierzeńcowi pić jednak musiał... Książę coraz w lepszy humor wpadał i usta mu się rozwiązały.
    — Ja odwiedziłem acindzieja, panie hrabio — w Młocinach — rzekł — a za to pretenduję, abyś mnie w moim Nieświeżu zaszczycił bytnością swoją... Lubisz muzykę, ja mam téż kapelę i sam gram; lubisz widzę skryptury i książki, których ja niewielkim jestem amatorem, i to u mnie znajdziesz — a — co lepsza, panie kochanku, serce otwarte i szczere, na które rachować możesz...
    Brühl dziękował...
    — Tymczasem zaś, panie cześniku, panie kochanku, z familii sobie drwij — nic ona nam nie zrobi... Będziemy się razem trzymali, i pana stolnika,