Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/342

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Mojém zdaniem — dodał wojewoda — mojém zdaniem panie kochanku — na nos sobie familii siadać nie dopuszczę... Poszanują oni prawa, my ich nie zgwałcimy... zrobią burdę, odeprzemy ją jak szlachcie przystało. Co to — panie kochanku, wojna na języki! ja tego nie rozumiem; albo się całować... albo się rznąć i kwita...
    Wszyscy milczeli, książę się obejrzał.
    — Ja — dokończył — do rady nie na wiele się przydam — ale do roboty służę... panie kochanku. W taniec pójdę z ochotą.
    To mówiąc rękę do Brühla wyciągnął. Proszę acana dobrodzieja, panie hrabio — abyś na mnie rachował jak na Zawiszę. My z Zawiszami jesteśmy w pokrewieństwie. Z kim dobrze to choć w piekło, z kim źle, i do nieba nie pójdziemy panie kochanku, byśmy szli z kielichami do dam... Kto mnie kocha, ten mnie naśladować będzie! Respekt dla kobiet! panie kochanku.
    Ująwszy kielich w dłonie, książę rękę z kołpakiem oparłszy na karabeli, z wielką powagą, majestatycznie, z twarzą wyjaśnioną i wesołą, wtoczył się do salonu, gdzie się go panie wcale nie spodziewały. Był w humorze przedziwnym jak rzadko. Cześnikowa przelękniona widząc, że ku niéj cały tłum ciągnie, domyślając się grzeczności, wstała... W tém Radziwiłł do swoich się obrócił, jakby komenderował: