Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Bajbuza 01.djvu/032

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Bajbuza się uśmiechał.
— Nie, ojcze mój — rzekł — aleśmy wzorem Batorego postępować powinni. Żydom synagogi budować pozwalamy, niech i zbory stoją spokojne. Nie pójdzie do nich nikt, dopóki do nich ucisk nie pociągnie.
Ksiądz głową poruszył.
— Zgubne to pobłażanie — szepnął — bo oni go dla nas nie mają, a zuchwali są.
— My się im obronimy — odparł Bajbuza — ale tymczasem nie o dyssydentów sprawę idzie, Zborowscy nam pokoju nie dadzą, z tymi się naprzód rozprawić należy.
— Dyssydenci właśnie w ich się znajdą obozie — przerwał proboszcz.
— Tem gorzej dla nich — rzekł Bajbuza.
Przez chwilę milczeli zadumani — ogień tylko trzaskał na kominie.
— Bóg łaskaw — odezwał się w końcu gospodarz — róbmy, co naszym obowiązkiem, resztę na Niego zdajmy. U mnie — dodał — od dziś dnia wszystko na wojennej stopie, ludzi zbierać każę, a jak skoro będą gotowi, puszczę się albo do hetmana, lub do p. Stanisława Żółkiewskiego, aby czynnym być i rakuszanina nie dopuścić.
Nie zechce szlachta Batorego z obawy, aby zbyt surowym nie był, poprowadzimy szweda, którego królowa niemal jak własne dziecko zdawna