Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Waligóra tom I.djvu/125

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    wolę zginąć niż posądzić — brata... Jednej matki dzieci — my...
    — Jesteście różni jako Abel i Kain — odezwał się Iwo z siłą wielką. — Wspomnij książę młodość! Byliżeście kiedy podobni do siebie? Wy miłością jesteście, srogością tamten; wy dobrocią, on okrucieństwem, wyście władzy niechciwi, on panowania żądny...
    Leszek słuchał z głową spuszczoną, chmurny, lecz nieprzekonany.
    — Konrad tak złym nie jest, jak się — obawiacie, — rzekł. — Gorętszym odemnie jest Bóg mu dał więcej siły, więcej też pragnień, lecz w sercu jego...
    To mówiąc okiem rzucił po przytomnych, wszyscy dziwnie niedowierzająco, niemal z politowaniem słuchali. Leszek zatrzymał się na chwilę i dokończył.
    — Konrada zostawmy w pokoju.
    Marek westchnął, Iwo spojrzał na kanclerza — umilkli.
    — Mam złe poszlaki — odezwał się po długim przestanku Biskup — potrzeba czuwać przynajmniej, wiedzieć, badać, aby nas nie pochwyciło niebezpieczeństwo nieprzygotowanych...
    — Odonicz — przerwał nagle Leszek, — walczył z Laskonogim raczej niż zemną, wszystko się skończy, gdy ich podzielim i pojednamy...
    — A jestże sposób pojednania ich gdy jeden