Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Stare dzieje.pdf/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

dzna resztka niedołężnego żywota? Umrzeć nawet nie umiem w porę!

AMELJA (zbliża się do ojca udając wesołość).

Co za śliczny dzień, kochany ojcze!

HRABIA (postrzegłszy ją).

Piękny dzień? powiadasz — doprawdy? nie wiem.

AMELJA.

Zdaje mi się, żeś nie zupełnie zdrów?

HRABIA.

Sam nie wiem, co mi to jest! Istotnie... jakoś się czuję niedobrze! (na stronie) Jak jéj to powiem!

AMELJA.

Bo ojciec nadto się zapracowuje, zbyt siedzi... a to siedzenie nad książkami nieustanne, szkodzi zdrowiu jego... Samotność męczy, trzebaby się rozerwać, przejechać.

HRABIA.

Mnie? rozerwać się! (z uśmiechem gorzkim) Biedne, poczciwe dziecię moje, czyżem ja wart twoich pieszczot i starań koło mnie!

AMELJA.

Ojcze mój? zkądże tak bolesne słowo? Któż więcéj godzien tego nad ciebie? Tyś mi był wszyst-