Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Semko Tom I.djvu/068

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


giej izby, oświeconej też ogniem czy łuczywem, widać było wciskającą się główkę młodego dziewczęcia, w wianuszku na włosach.
Twarzyczka jej była dosyć piękna, rysów regularnych, z dużemi oczyma niebieskiemi — ale blada, bez rumieńca i dziwnie wybielała.
W obu tych postaciach poznać było łatwo dzieci ludu, choć na dobrym bycie wypieszczone, a jak zawsze, gdy od pracy i znoju człowiek się wyswobodzonym czuje, duma go ogarnia od tego szczęścia, które nań spadło — na obu twarzach tych niewieścich było jej dosyć.
Smiałe oczy dziewczęcia patrzały tak zuchwale jak starej służebnicy. Ciekawość iskrzyła się w oku.
Zbliska się przypatrując ładnemu wyrostkowi, równie strojnemu jak ta, po za którą stało — można było dostrzedz na bardzo bladem i białem licu, na czole ku skroni czerwoną bliznę.
Rana, po której została pamiątka, musiała być zgojoną od bardzo dawna, ale była tak głęboką i ciężką, że nic jej zatrzeć nie mogło. Dziwnie nią napiętnowana twarzyczka, obudzała ciekawość. Tak młodziuchna, pieszczona, gdzież się mogła narazić na cios taki? Za tą blizną kryła się tajemnica jakaś, czy prosty przypadek?
Dziewczę mogło swą bliznę łatwo bujnemi zakryć włosami, gdyby chciało, a zdawało się nosić ją na okaz i chlubić.
Stara uczuwszy za sobą wciskające się dzie-