Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Latarnia czarnoxięzka Tom II.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A nazajutrz ujrzeli pan i ekonom i obili go, że marnuje zboże — on co niemiał w chacie chleba od kilku tygodni, lub pomięszanym z plewą, z owsem, z korą, żywił się, smarując suchą kromkę nadzieją tych kilku snopków. Zwiózł je zaledwie do stodoły i kiedyż? gdy połamane, wpół wysypane, na polu prawie przepadło — a za jego wozem, bieży pan o poduszne, żyd o dług, głód o chléb wołając —
I zima przyszła, a niéma spoczynku, zimą stérty pańskie młócić popotrzeba, a zboże daleko odstawiać i w zimie rzadki dzień swobodny. W tym dniu potrzeba myśléć o sobie, przywiéść drew do pieca, wymłócić zboże, postarać się o lichą odzież dla żony i dzieci.
Dziwicie się naszemu wieśniakowi, że czasem zepsuty, popełni występek; dziwujcie się raczéj jego cnocie. Maż on oświécenie, maż czas zastanowienia się nad sobą, maż obmyślony chléb na jutro? Ciężka, ciężka jego dola. A kto jéj ulżyć się nie stara, ten wiele winien przed Bogiem i przed ludźmi. Za zbrodnie wielu poddanych, karać by panów potrzeba i Bóg sprawiedliwy, wymierzy każdemu wedle zasług jego. —