Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Latarnia czarnoxięzka Tom II.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przypadł pod płotem, a gdy jedni otaczali chatę, drudzy szli wewnątrz, podczérgnął się w ogród, z ogrodu w pole, polem zbiégł do lasu. Szczęściem czerniało pole i stopniał śniég od dészczu niepostrzeżono go, jak uciekał Niebawiąc, Sawka lasem popędził do Hryhorowa, wprost do Naścinéj chaty. Noc była kiedy do niéj zapukał, wszystko spało, tylko czujny kogut piał na poddaszu i podworotnik burczał na przysbie w kłębek zwinięty. Głos ze wnątrz spytał w krótce — kto? I przezedrzwi stary jął rozpytywać Sawkę.
— Nie wiem czy pamiętacie, ja to, com wam dziéwkę ocalił na prażniku — przyszedłem was prosić o pomoc. U nas rekrutów biorą, Ekonom na mnie ma ząb, żem go w ówczas obił, szukają mnie wszędzie, dajcie się gdzie przytulić.
Stary drzwi otworzył i skrobał się w głowę nakładając świtę.
— Kiedy u was biorą, to i u nas brać będą, trzeba o tém po wsi oznajmić — A taki i wam dać rady — Ot postójcie no tu tylko babę obudzę, a was zaprowadzę do kłuni co