Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Latarnia czarnoxięzka Tom II.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


sarz, a rozpytawszy się o co szło, kazał puścić Sawkę, który go za to w rękę pocałował.
— Jeszcze z tobą nie koniec! rzekł Ekonom wchodząc do izby, nie daruję ja ci swego, kiedy żyw będę.
I nie darmo się odgrażał; nikogo tak nie pilnował, nikomu tak niedokuczył jak Sawce. Sawka milczał i ciérpiał, a pilnował się tylko, aby się nie dać złapać na winie.
Zeszło tak pół roku. Jednego wieczora zimowego, rozeszła się nagle po wsi pogłoska, że rekrutów brać mają — Sawka ledwie mu o tém poszepnęli, gotował się uciekać, pewny był że to go nie minie jeśli się da schwytać. Jak tylko kozak dworski pana Rządzcy oznajmił na wsi, że słyszał o tém u stołu, kto żył młody a pokaźny we wsi, popędził w las; pochowali się po cudzych wioskach, na strychach, w stodołach. Sawka wziąwszy sakwy, pożegnawszy ojca i chorą leżącą w łóżku matkę, także w drogę ruszał; ledwie próg przestąpił, posłyszał za sobą głos Ekonoma, Sotnika i dziesiątników, przeżegnawszy się więc