Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Jelita t.II.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Gdyby zginąć przyszło, — myślał w duchu, — krew nie darmo przelałem. Stań się wola Twoja.
Ręce mu drętwiały, siły się wyczerpywały.
Miałżeby nikt nie zajrzeć na pobojowisko??
Noc nadchodziła...
Szary wiedział o tym zwyczaju wojskowym, iż ciury obozowe trupom długo nie odartym, leżeć nie dopuszczały, spiesząc do łupu... Często po nocy z pochodniami spieszyli pochwycić, co im bój zostawił po sobie...
Pieśń przebrzmiała... wrzawa nastąpiła po niéj, przestanki ciszy, krzyki, wołania i oklaski...
Lecz słuch jego tępiał... oczy coraz widziały mniéj, — czuł, że koń stojący nad nim drży i słania się... Rżał coraz słabiej, coraz rzadziej, ruszył się w końcu ostrożnie, zszedł o krok, głowę spuścił, nozdrzami dotykając jego twarzy...
Zdawał się patrzeć czy żyje... Florjan słabym głosem zawołał go jak zwykle... Siwy drgnął, ale i jego opuściły już siły — zwolna legł przy panu...
Nadzieja zaczęła słabnąć w sercu Szarego... Czuł że nie wydoła długo, że dłonie zmartwiałe ran nie utrzymają, i — życie wyniosą z sobą wnętrzności.. Potem zimnym oblewało się czoło..
Modlił się, duszę polecając Bogu... Zamknął oczy...