Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Jelita t.II.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W tém koń zerwał się na nogi, wyciągnął szyję i rozpaczliwie zarżał. Zdało mu się, że usłyszał ludzkie głosy... że mignęły światła, że ziemia tętniała chodem ludzi, biegiem koni...
Otworzył zwolna osłabłe powieki...
Nad nim stał z jasną twarzą, otoczoną blaskiem nadziemskim król w swéj zbroi potłuczonéj i płaszczu szarym... patrzał na niego...
Obok w sukni księżej podeszłych lat mężczyzna... Dalej kupka ludzi...
— Mój Boże — co on za straszną mękę ponosi...
Głos ten życie przywrócił Szaremu, zebrał się na sił ostatek... i z uśmiechem męczeńskim odparł słabym głosem...
— Miłościwy panie... Sroższa daleko męka znosić pod bokiem złego sąsiada, jakiego ja miałem i mam!
Król postąpił krok bliżéj. Stał przy nim Hebda i zawołał.
— A to mój Florjan z Surdęgi!
— Bądź dobrej myśli — odezwał się król — jeżeli się z tych ran wyleczysz, ja cię uwolnię od złego sąsiada...
Hebda natychmiast na nosze go ludziom wziąć przykazał i do obozu nieść, gdzie królewski lekarz miał rany opatrzyć i obwiązać.
Florjan dotrwawszy do téj chwili, więcej