Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Jelita t.II.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Kompani biegli do straży...
W dolinie rżały konie i jakby szczękały oręże — zkąd? czyje? swoje oczy obce? marszałek rozeznać nie mógł.
Uczuł w sercu trwogę i przeczucie jakieś — groźbę niebezpieczeństwa, w które nie wierzył dotąd.
Widmo Łoktka stanęło mu przed oczyma. — Był niemal pewien, że on to nadciąga, korzystając z mgły i ociężałości ludzi jego, długiemi po kraju bezbronnym łupieżami znużonych i wysilonych...
— Na koń — zawołał chwytając za ramię w szarym płaszczu nadchodzącego pół-brata Krzyżackiego Jurgę... — na koń i w czwał za Ottonem Luterburgiem, aby mi w pomoc pospieszał.
Polacy nadciągają...
Jurga stanął zdumiony, gdyż nikt ich ani słyszał, ani widział. Przeczuł ich Teodoryk...
Jak stał na pół ledwie i lekko uzbrojony, pierwszego konia, który mu się nastręczył pochwycił i dosiadł. Był to wierzchowiec jednego ze straży obozowej, śpiącego pod namiotem.
Marszałek skoczył na siodło, a to było znakiem dla dwóch jego kompanów, którzy nigdy go odstępować nie mieli prawa, by także konie porwawszy, zdążali za nim.
Teodoryk popędził w tę stronę, z któréj go tentent dochodził najwyraźniéj. Dzień coraz był