Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Jelita t.II.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wała się żałobnym proporcem, zawieszonym nad grobem.
W dali ciągle coś słychać było... jak gdyby morze zbudzone szło zalewać ziemię... i huk ten stłumiony tak właśnie jak fale przestankami był przerywany...
Spali niemcy — oprócz Teodoryka, który przed obrazem N. Panny się modlił. Dwaj kompani stali u drzwi jego...
Wstał wreście z klęcznika, i płaszcz narzuciwszy na ramiona, szedł przez pusty namiot wielki ku wnijściu. Ucho jego chwyciło ten szum fali... to toczenie się jakieś głuche...
Stanął, wyprostował się i pobladł...
Odchylił wnijście — słuchał i oczy mu słupem stanęły...
W obozie o krok nic widać nie było, a na wpół mgłą obwinięte straże najbliższe, siedziały jak skamieniałe...
Brwi mu się ściągnęły groźno...
W téj chwili tentent powolny zaczął go dochodzić tak wyraźnie, iż stojącego kompana za ramię pochwycił.
— Pobudka! — krzyknął — dzień! Śpi wszystko...
Pobudkę uderzyć...
Wśród ciszy głos marszałka rozległ się głucho i stłumiony w powietrzu, które mu iść daleko nie dało — zgasł u progu.