Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Jelita t.II.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pozornie jaśniejszy, ale na ziemi osiadająca mgła biała, nie dawała nic widzieć o kilka kroków.
Przebił się marszałek przez namioty i wozy i odważnie puścił w dolinę... Tu stąpanie koni i chrzęst zbroi wyraźniej się słyszeć dawały; ale napróżno wzrok wytężał... nigdzie żadnych przednich czat dostrzedz nie mógł.
Obawa o los oddziału, któryby bez niego straciwszy wodza, łatwo mógł się rozprzęgnąć, nie dozwalała mu zbyt się posuwać daleko... — Zwolnił kroku...
W tém z gęstéj mgły, wynurzać się zaczęło kilku jezdźców...
Zbrojni dobrze, w hełmach żelaznych, z lekkiemi włóczniami w rękach, na koniach siatkami żelaznemi okrytych, posuwali się zwolna... na pół jeszcze mgłą okryci...
Dość było widoku ich dla marszałka, aby to co w nim jako przeczucie się objawiło — stało się dlań rzeczywistością.
Krakowski król podchodził do ich obozu!
Teodoryk zawrócił konia i pędem rzucił się nazad, a pierwszych namiotów dopadłszy, wołać począł głosem wielkim, rozpaczliwym...
— Na koń! na koń...
Ludzie schwyceni wołaniem tém wśród snu, wybiegali nie odziani z namiotów, straciwszy przytomność, chwytając i rzucając, co napadli.
Starszyzna rychlej zbudzona... uwijała się