Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Capreä i Roma Tom I.djvu/262

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chwilę, podnosząc głowę ku górze, Juda załamywał ręce, Helios pogan przeklinał niewiernych, co dziecięciu lwią ojców odwagę wyjęli z serca. Rubena nie było i nie było.
Wiatr tylko kiedy niekiedy w skałach zagadał i znowu cisza długa zalegała wyspę, a wśród niéj tylko daleki szmer wodotrysków, krzyk nocnego ptaka, stłumione przybywały pieśni z Caprejskich lupanarów, śmiechy chłopiąt z Priscusa dworu, lub jęk bolesny, krótki a straszny, jakby konającego człowieka, którego dusza z ciała się wyrywa płacząc po życiu.
Tak upłynęła część nocy, aż Helios zapytał Ulpa, czyby się do willi górnéj dostać i cóś o chłopcu dowiedzieć nie można.
Ulp potrząsał głową, począł myśleć, noc była ciemna, cisza głęboka... rzucił wiosło i nic nie mówiąc, jął się oburącz skały, która prostopadle biegła w górę, dźwigając na stromych wierzchołkach strażniczą wieżę i willę Jowisza....
Pomyśleć było trudno, żeby się człowiek mógł nocą po téj ścianie kamiennéj dostać na szczyt góry; jeden Ulp, przywykły do takich przechadzek od dzieciństwa, zręczny i śmiały jak koza dzika, mógł się podjąć wycieczki. Ująwszy się wystających kamieni, stąpając z jednéj w drugą szczelinę, przytrzymując za rośliny i krzewy, znikł z oczów, nim mieli czas go odwołać.