Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Capreä i Roma Tom I.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tymczasem w grocie wszystko było na pogotowiu, czółen wysłany mchami, kołysał się u wnijścia pod wydrążeniem skały, noc przyszła jak naumyślnie skwarna i duszna lecz ciemna, a choć na burzę zanosiło ku ranu, morze jakby ołowiane, spokojne, ciężkie, całą ogromną płaszczyzną przechylało się tylko drzemiące.
Juda i Rachel, zabrawszy co mieli ubogiéj pozostałości z domku na górze, odziani do podróży, oczekiwali tylko przybycia Rubena. Kobiéta, obawiając się być poznaną i nie chcąc zwracać oczów na siebie, twarz oliwkową umalowała barwą, gęstą przywdziawszy zasłonę. Przytulona do skały, stała z Judą i poglądała na pustą ścieżkę, wiodącą do pieczary.
Helios zmarszczony, groźny, niecierpliwy, był z niemi także, i wzrok jego wytężony, próżno za każdym szelestem zwracał się, szukając Hypathosa.
Wargi mu się trzęsły i czoło marszczyło.
— Gotów z obawy nie przyjść! — szeptał — gotów nas zdradzić i paść ofiarą oprawców! Biédne dziecko!
Ulp także, na wiośle sparty, mruczał po cichu:
— Drugiéj takiéj nocy ciężko się będzie doczekać! Galery i wioślarze rozproszeni, śpią strażnicy... noc czarna, morze ciepłe i uśpione.... Dziś lub nigdy! a to chłopię nie przybywa!
Ale czekali napróżno. Rachel wybiegała co