Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wie, iż w miejscu zachwiał się zaraz — padł z konia i ducha wyzionął.
Ledwie się to stało... a już jak fala burzą gnana, tłum, który dotąd poruszał się i drgał tylko — pochłonął madżarów w sobie...
— Bij, zabij! — wołano ze wszech stron.
Biały też wtórował, krzycząc.
— Bij — zabij!
Ledwie dwóch z jego straży, którzy pogonili za nim, potrafili z ciżby wychwycić i uprowadzić z sobą. Ale nie dał się do gospody wieść, bo mu to sprawiało jakąś radość złą, że widział mordujących się z sobą...
Węgry już tylko się bronić musieli... takie gromady na nich się rzuciły z zawziętością wielką za zabitego Kmitę.
— Bij — zabij! nie żywić nikogo! — krzyczano po całem mieście i gdziekolwiek winny czy niewinny węgrzyn się trafił, mordowano.
Była to pomsta krwawa za długo znoszone upokorzenie...
W samym domu Przedbora, chociaż ocalić się ich starał, zginął słowak ze dworu królowej, Michał Pogan, zginęło dwóch ulubieńców Elżbiety...
Biały mógł się krwawym nacieszyć widokiem, bo co chwila ścigano kogoś w ulicach, a z kamienic, do których się skryli, oknami wyrzucano zabitych...
Nikt już nie miał mocy powstrzymać roz-