Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Bawiło go to przez dzień cały...
Nazajutrz rano, wyszedł znowu przed wrota, aby się podobnem widowiskiem rozerwać — lecz tylko co się usadowił na czatach, gdy od strony bramy Bocheńskiej, do której nie było daleko, dał się słyszeć tumult i wrzawa zapowiadająca coś groźnego.
Książę za miecz porwawszy, ciekaw co się stać mogło, natychmiast pobiegł, gdzie się już krzyki coraz głośniej i wyraźniej słyszeć dawały...
Do Bocheńskich wrót ani się było można docisnąć...
Wśród ogromnego zbiegowiska gawiedzi, pomiędzy którą łacno było Węgrów rozpoznać — stała fura siana, wysoko się piętrząca...
Ludzie powiadali że siano to, należące do Przedbora z Brzezia, który je dla koni swych sprowadził — stało się przyczyną zgiełku i okrutnego zajścia. Węgrzy chcieli je sobie przywłaszczyć — straż którą Przedbor postawił, broniła...
Z jednej i drugiej strony do oręży się rwano.
Książę uradował się niezmiernie. Z wielkim trudem przebił się pod ścianami domostw jak mógł najbliżej wozu i do Polaków wołać począł.
— Bijcie Węgrów — co ich żałować będziecie!!
I natychmiast do madżarów w ich języku — krzyknął.
— Co wy sobie lachom dajecie rozkazywać? Albo to wy nie panami tu? Alboście nie królewscy?