Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


groźbą, stał to cofając się, to podchodząc, otwierając usta i niewiedząc co powie.
— Dajcie mi słowo wasze rycerskie, że się ze mną obejdziecie nie jak z jeńcem i więźniem, ale jak krwi mojej przystało.
Wojewoda zwolna rękę mu wyciągnął...
Biały, który miał żelazną rękawicę na ręku, zdjął ją i bladą, wychudłą dłoń podał.
Jedno słowo rzekł tylko ponuro i cicho.
— Jutro...
Tak, nad wszelkie spodziewanie wojewody, skończyło się rokowanie prędko i stanowczo... Uległ Biały, sam niewiedząc jak do tego został doprowadzony, lecz, gdy zawrócił się ku zamkowi, gdy pomyślał o sromocie jaką musiał znieść, o wyrzutach Frydy, o upadku własnym, wstrząsł się cały, zapragnąwszy raczej śmierci.
I ten poryw trwał nie długo... Do wrót doszedł już ostyglejszy.
— Do klasztoru nie powrócę — mówił sam się pocieszając...
Do dolnej izby wszedłszy, znalazł tu Buśka, który wiązał jakieś sakwy, jakby się wybierał w drogę. Ten pewnym już był końca... Mruczał sam do siebie nie patrząc nawet na pana, nie pytając go o nic.
Fryda też nie zeszła z komory swej — a on iść do niej nie śmiał...