Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


woja na pół drogi do obozu. Wojewoda wyjechał z małą kupką, lecz pięknie zbrojnych ludzi. Pozsiadawszy z koni, zeszli się sami — nieufnie patrząc sobie w oczy.
Wzrok Sędziwoja z Szubina miał tę siłę, jaką daje charakter męzki — Biały nie mógł go znieść, spuścił oczy pierwszy — drgnął, buta z jaką chciał wystąpić, opuściła go.
Zabełkotał, że radby wojnę skończyć.
— Ja także — odparł Sędziwój — lecz ja księcia mam w ręku. Chcecie li zdać się na mnie?...
— A cóżeście mi wyrobili pierwszym razem, gdy tak piękne otrzymałem obietnice? — zapytał książę.
— Nie obwiniajcie mnie — rzekł Sędziwój. Ja wam nie mogę nic dać, nic przyrzec, wszystko od króla zależy, lecz słowem rycerskim ręczę, że się starać będę, aby los wasz osłodził.
Ze zwieszoną na piersi głową, słuchał książę — widać było, że się wahał, że gotów był się już poddać.
Sędziwój dodał jeszcze.
— Czyniłeś miłość wasza, coś mógł — sromu niema zdać się, gdy inaczej być nie może.
Weźmiem li Złotoryę — naówczas prawo wojny zawyrokuje o was... łaski się spodziewać nie możecie.
Dumny książę nie odparł już ani żalem, ani